Panie?
Gdyby ktoś szukał odpowiedzi na to pytanie oraz chciał wiedzieć, jaki jest nasz Pan.
Piosenka wymiata swoją prostą treścią, w której jest wszystko.
https://www.youtube.com/watch?v=4NzGwoY-5NU
sobota, 30 grudnia 2017
środa, 20 grudnia 2017
Numer jeden
Wiem, że obecnie poczynia się ostatnie przygotowania do świąt BN, choinki, kolędy i te sprawy, ale ja jakoś jestem w troszkę innym nastroju - a jakże, też radości, wyczekiwania, ale już bardziej bliżej paruzji, niż tradycyjnego świętowania...
W każdym razie robiąc generalne świąteczne porządki jednocześnie puszczałam sobie pozytywną muzykę do śpiewania- a to dla mnie mega hit numer 1 - jak Wam się podoba?
https://www.youtube.com/watch?v=6QtZHxcBqhE
W każdym razie robiąc generalne świąteczne porządki jednocześnie puszczałam sobie pozytywną muzykę do śpiewania- a to dla mnie mega hit numer 1 - jak Wam się podoba?
https://www.youtube.com/watch?v=6QtZHxcBqhE
sobota, 11 listopada 2017
Przytul…
Kto z nas nie lubi się przytulać do kogoś kogo
kocha lub nie lubi być przytulanym. Chyba każdy kocha to uczucie czułości i
bliskości drugiej osoby, w niewerbalny sposób mówiący ‘kocham cię’. Nieopisane
szczęście i radość, przynajmniej tulenie takie jest dla mnie.
A co czuje człowiek, kiedy przytula go sam Bóg?
Niektórym, którzy nigdy czegoś takiego nie
doświadczyli, może to się wydać, delikatnie mówiąc, dziwne. Ale mój osobisty
stan psychiczny świeżo po spowiedzi św., a następnie po Komunii, wręcz namacalnie
odpowiada temu, co czuję, gdy mnie ktoś przytula. Jest mi przeogromnie ciepło
na sercu, aż muszę rozpiąć kurtkę, autentycznie czuję, jakby ktoś mnie
obejmował. Taki stan po Komunii Św. już kilka razy doświadczyłam, natomiast
podczas spowiedzi to była u mnie nowość. Jak już dziś przylgnęłam do kratki
przed konfesjonałem, dosłownie jakby ktoś mnie chwycił w ramiona – niesamowite,
że takie rzeczy da się odczuć fizycznie! A po wyjściu z kościoła, gdy już
wracałam do domu – wcale nie przy wietrznej pogodzie – jakoś nie za bardzo
odczuwałam siłę grawitacji… Szłam szybkim dużym marszowym krokiem wcale tego
nie czując, jakaś wewnętrzna siła napędowa. To wspaniałe, że Brat i Pan Jezus
zechciał ze mnie zrzucić ten ciężar grzechu, który jakiś czas temu, niestety na
własne życzenie, se załadowałam ;/ Szkoda, że niektórzy nie doceniają tego
daru, jakim jest spowiedź, w chwilę może zmienić nie tylko spojrzenie na życie,
ale też je odmienić na lepsze. Tyle razy mi to pomogło, gdy jestem w łączności
z Jezusem czuję, że mogę wszystko :)
Dobrze, że mamy takiego Brata, który nie dość,
że wybaczy, to jeszcze przytuli i pomoże stanąć na nogi – aaa nawet będzie co
dzień Ci towarzyszyć, jeśli Go tylko o to poprosisz :)
poniedziałek, 16 października 2017
Uzdrawiająca moc modlitwy
…czyli darmowy lek na chandrę i inne
przypadłości od najlepszego Lekarza
Życie choć piękne bywa niełatwe. To normalne, że w naszym życiu zdarzają
się sytuacje, które nas zasmucają czy wyprowadzają z równowagi. Sposobów na
poprawę nastroju są tysiące – od zjedzenia tabliczki czekolady, zapalenie
papierosa, przez obejrzenie filmu, starych zdjęć z wakacji czy pójścia na
basen. Tylko, że jak znam życie, takie odreagowywanie przynosi tylko chwilową
ulgę. Przynajmniej mnie. Spacer co prawda ukoił moje nerwy, ale wystarczyła
jedna sytuacja będąca mi nie po myśli, bym wybuchnęła. I znowu byłam zła i
nerwowa.
Człowiek
jest kruchą istotą, która gdy nie będzie mieć korzenia, w chwilach takiego
mocniejszego porywu wiatru będzie fruwać jak nim dmuchnie… Lepiej nie liczyć,
że jakoś to będzie i przy sztormie może uchwycę się jakiejś gałęzi czy wyląduję
bezpiecznie 10
kilometrów dalej. Rzeczywistość nie raz gwałtownie i
brutalnie sprowadzała mnie na ziemię. W ostatni czwartek było zupełne
przegięcie - w po części na moje własne
życzenie. Tak to jest, gdy nie słucha się własnego sumienia (co za tym idzie,
dobrych podpowiedzi prawdopodobnie własnego Anioła Stróża). Pomijając, co tym
razem nabroiłam, czułam się paskudnie – byłam zła na samą siebie, momentalnie
straciłam na wartości w swoich oczach. Wszystkiego się odechciało, miałam
straszne wyrzuty sumienia, a na dodatek w głowie słyszałam coś, czego jak długo
żyję, jeszcze nigdy nie doświadczyłam. Słyszałam, jak ktoś się ze mnie śmieje –
byłam świadoma, kto. Pomyślałam, już ja mu pokażę, nie na długo będzie ze mnie
się śmiać – spojrzałam na zegarek, była 18, za 15 minut spowiedź u mnie w
parafii. Niestety zanim wyszłam z domu i doszłam do kościoła, było za późno.
Pani siedząca niedaleko konfesjonału powiedziała, że ksiądz przed chwilą
wyszedł… Zła i rozgoryczona wróciłam do domu. Położyłam się łóżku i chciałam
tak po prostu zniknąć. Miałam wszystkiego dość. Najgorsze, że to wszystko było
z mojej winy. W głowie huczały mi myśli, by się pociąć i z tym skończyć – ale
dzięki temu, że jestem zakorzeniona w Chrystusie, dostałam kolejną szansę;
gdzieś w głębi duszy wołałam o pomoc i nagle usłyszałam swoje imię – złe myśli
minęły –a słyszę nadal – odwróć się proszę i spójrz na Mnie – to się odwracam,
dokładnie tam, gdzie ostatnio postawiłam obrazek przedstawiający Cudowne
Oblicze z Całunu Turyńskiego.
Nie wiem, jak sprawy się dalej dokładnie
potoczyły, ale ostatecznie wylądowałam z tym obrazkiem z powrotem na łóżku i
klęcząc zaczęłam odmawiać koronkę do Miłosierdzia Bożego – z każdą dziesiątką
emocje opadały, a umysł się oczyszczał. W końcu leżałam z obrazkiem przytulonym
do mej piersi i nadal się modliłam, i było mi tak dobrze, na ile może być po
takim strasznym zdarzeniu. Byłam już zupełnie spokojna, chyba nawet się
uśmiechnęłam i zaczęłam Boga przepraszać i Mu dziękować, że po raz kolejny mnie
uratował. Poczułam się kochana i całkiem, jakbym leżała w ramionach własnego Brata.
W tej kwestii nie jestem wyjątkiem – spotykałam się z różnymi osobami, które
mówiły, że modlitwa i kontemplacja je wyciszają. Już rok czy dwa lata temu mój
tata polecał mi przebywanie w ciszy przed Najświętszym Sakramentem. Tylko, że
jakoś z tych rad wówczas nie skorzystałam. Czas mijał, a ja bezradnie walczyłam
ze swoimi nadmiernymi emocjami i gwałtownością, udawałam się od specjalisty do
specjalisty, leki i tak w nieskończoność. Z czasem dojrzałam i postanowiłam
wziąć sprawy w …nie swoje ręce :D Wszystko oddałam najlepszemu Lekarzowi
ludzkiej duszy, bo to przez jej choroby świat się wali. Postanowiłam zawalczyć
i… wpierw odstawiłam lekarstwa, by zobaczyć, na jakim etapie jestem. Tragedia.
Tydzień po tygodniu było coraz gorzej, ja coraz mniej nad sobą panowałam. Po
miesiącu nierównej walki zaserwowałam sobie terapię, na którą każdy może sobie
pozwolić – codzienna Msza Święta i życie w stanie łaski uświęcającej. Po kolejnym
miesiącu coś zaczęło się zmieniać, ale do wyzdrowienia była daleka droga. Na
szczęście przyjaciel polecił mi rekolekcje uzdrawiająco-oczyszczające, z
których skwapliwie skorzystałam. I stał się cud – nerwy gdzieś odleciały, pokój
wstąpił w me serce, umysł się oczyścił, a dusza wypaliła się doszczętnie – tak,
modliłam się o to, by Duch Święty mnie wypalił, a na tym gruncie Bóg zasiał co
trzeba – najlepiej Siebie… To nie wiarygodne, ale odczuwałam ten stan
fizycznie. Nigdy nie czułam wewnątrz takiej głuszy, ciszy, spokoju, niczego,
żadnych pragnień poza jednym – by w sercu został tylko Jezus. I od tego momentu
zaczęłam całkiem inaczej spoglądać na świat - doszłam do tego, że obecnie
największą radość odczuwam z obecności nie tyle samych tworów przyrody, które
zawsze mnie fascynowały i upatrywałam w nich ukojenia i przeogromnej
radości, co z samego jej Stwórcy!
Chciałabym, by każdy mógł odczuć to co ja czułam – nie ma pełniejszego
szczęścia nad to, co może Ci dać Ktoś, kto Cię osobiście stworzył. Tą bardzo
intymną i głęboką relację udało się nawiązać dzięki zupełnemu wyciszeniu –
potrzeba było kilku godzin dziennie modlitw, spowiedzi św., wstawienniczej
modlitwy innych osób, odrzucenia codzienności,
by Duch mógł zadziałać. To było tak niesamowite i silne, że w końcu
Jezus przyciągnął mnie do Siebie. Teraz największe szczęście odnajduję
wpatrując się w wystawiony Najświętszy Sakrament i rozmawiając z Jezusem – albo
po prostu przez bycie przy Nim. Czego można więcej chcieć… Faktycznie tata miał
rację – to mega wycisza – zawsze po adoracji wychodzę jakby nie ja – uśmiecham
się bez powodu, jestem spokojna, w końcu udało się osiągnąć to, czego
potrzebowałam.
I
tak to już jest, że im bliżej jest się źródła ciepła, tym milej. Gdy nie udało
mi się pójść na Msze przez 3 dni z rzędu, znowu wszystko zaczęło mi się walić –
wrócił mi brak cierpliwości, złośliwość, gwałtowność, wewnętrzny niepokój – podobnie, gdy w ciągu
dnia za mało czasu poświęcałam na modlitwę. Wiem, że gdy będę trwać przy
Jezusie, On będzie ze mną – i nic mnie wtedy nie zdenerwuje, nie stanie mi się
żadna krzywda – ale to trzeba trwać, modlić się, wyciszać się – po tym, co
przeżyłam na rekolekcjach, doskonale rozumiem, co skłaniało pustelników do
takiego trybu życia ;) Jestem szczęśliwa, że dane mi było poznać siłę modlitwy
i że mogę tak po prostu rozmawiać z Bogiem – szkoda, że niektórzy tego jeszcze
nie docenili i nie poznali. Słyszałam już takie porównanie, że będąc
przepełnionym Bożą miłością ma się normalnie odlot – niesamowite, ale i to było
mi dane odczuć :)) Nic wtedy człowiekowi nie przeszkadza, co go dotychczas
denerwowało lub martwiło – ani korki na ulicy, ani ulewa, ani brak obiadu w
domu, ani żadne inne mniejsze czy większe sytuacje. Po prostu uśmiecham się do
Ojca i dziękuję Mu, że żyję, dla Niego!niedziela, 1 października 2017
Cytaty
Największą chlubą nie jest to,
aby nigdy się nie potknąć,
ale to, aby po każdym upadku
dźwignąć się i stanąć na nogi.
Dowodem odwagi nie jest umrzeć, lecz żyć.
Nie módlcie się o łatwe życie.
Módlcie się,
żebyście byli silniejszymi ludźmi.
poniedziałek, 25 września 2017
Przebaczenie
Dziś
odczułam swoje nowe „ja”. Po wielu latach zmagań z traumą i życia w poczuciu
krzywdy, nareszcie poczułam wewnętrzny spokój, który ogarnął nie tylko duszę
(bo taki czuję dość często), ale też
umysł. Jestem świadoma, że to co dawniej się stało, było i nie wróci, i dzięki
przebaczeniu zażegnałam tę udrękę z moich myśli. Nie powiem, że ot tak zniknęła
– przecież nie nastąpił replay i nie można nagrać życie od nowa – ale w chwili,
gdy przypominają mi się owe momenty, po prostu bez żadnych emocji mogę
spokojnie zacząć myśleć o czymś innym – tak jakby tamte cierpienie było zwykłym
wydarzeniem w moim życiu.
Od wielu miesięcy czułam, że dopóki nie przebaczę, trauma nie da mi
spokoju. Sporo słyszałam na ten temat, że gdy dopiero człowiek wybaczy to
znajdzie wewnętrzny pokój. Ale wiedza jedno, a zrobić to drugie… Od miesięcy
się zbierałam na to, ale miałam blokadę – normalnie nie mogłam tego zrobić. W
sercu powtarzałam sobie, że wybaczam, że trudno, że tak się stało – ale wciąż
po głowie chodziło mi pytanie „dlaczego”. I to pytanie sprawiało mi najwięcej
bólu. Jakbym nie próbowała to sobie wyjaśnić, każda odpowiedź zawodziła. Dziś w
tym kontekście nie istnieje pytanie dlaczego – nawet mi się takie nie nasuwa –
ani moja dusza, ani mój umysł nie szukają na nie odpowiedzi. Co więcej –
pozostają w pokoju! Nie muszę wiedzieć dlaczego – po prostu serce się raduje,
że moja dusza dotarła do zielonych spokojnych łąk, rozjaśnionych blaskiem
słońca – tak teraz czuje mój duch. Teraz patrząc na sprawcę moich cierpień nie
smucę się, nie rozrywam ran dlaczego, nie boję się – Jezus dał mi wzrok pełen
ciepła, patrzę na tę osobę z ufnością i nadzieją, a nawet dostrzegam, że na
przestrzeni tych lat potężnie się zmieniła – oczywiście na lepsze. Cieszy mnie
to, że dzięki zmianie postępowania tej osoby inni ludzie nie tylko nie zaznają
przykrości, ale wręcz otrzymają wiele ciepła.
Już od jakiegoś czasu widziałam tę poprawę, ale
byłam zaćmiona przez moje żale – miałam pretensje, teraz im jest dobrze, a ja
musiałam tak cierpieć. Teraz żale zniknęły – przebaczenie sprawiło cud.
Oczywiście po ludzku nie wiem, czy bym się na to odważyła, potrzebowałam mega
wsparcia – spędziłam wiele godzin przed Najświętszym Sakramentem, codzienne
Msze Święte, by być najbliżej Jezusa jak się da – błagania, by nie zostawiał
mnie samej, a najwięcej pomogły mi
rekolekcje uzdrawiające – tam poznałam swojego nowego przyjaciela – był od
dawna, ale nie zwracałam na Niego uwagi… Na nich odczułam, jak łaska i pokój
Ducha Świętego mnie dotyka – nigdy wcześniej tak dogłębnie nie poczułam takiej
„pustki” – czyli pozbyłam się dosłownie wszystkiego, całej otoczki świata
zewnętrznego, złych pragnień, by pozostawić puste serce i przyjąć tylko Go, by
we mnie był tylko On – dziwne uczucie, ale było namacalne. Tak jak głodny
człowiek zaczyna jeść i potrafi odczuć, począwszy od smaku, przez przełyk do
tego, co mu siedzi w żołądku, tak ja czułam się doszczętnie wypalona w środku,
by po tym wielkim pożarze na nowej glebie wyrosło coś nowego i pięknego.
Wracając do tematu przebaczenia, żywiąc urazy nie robimy na złość
osobie, która nas skrzywdziła, tylko szkodzimy sobie samemu. I po co człowiek
tak robi, zamiast, mimo, iż jest się poszkodowanym, nie oczekiwać
„przepraszam”, lecz samemu iść i powiedzieć „wybaczam”. Brzmi
nieprawdopodobnie, ale właśnie sprawdziłam i działa :)
P.S. 17 września, gdy szykowałam się do spełnienia "powinności" (postanowiłam, że za tydzień to zrobię), akurat niedzielna Ewangelia była o...przebaczeniu :P Tylko takie Słowo może słabą duszę wesprzeć i zachęcić do dobrego działania...Jezus znów okazał się Wielki!!
czwartek, 21 września 2017
Cytat na dziś
"Życie podobne jest do drogi pełnej zakrętów.
Widzimy tylko odcinek do kolejnego zakrętu.
Ale
wiemy, że
Bóg ogarnia wzrokiem całą
drogę."
"Jak glina w ręce garncarza,
który ją kształtuje według swego upodobania,
tak ludzie są w ręku Tego, który ich stworzył i
odda im
według swojego sądu."
Warto oddać siebie Temu, który Cię stworzył, wtedy życie będzie układać się całkiem inaczej.
Ja postanowiłam być marionetką w rękach Boga - za dużo już w życiu zepsułam, wolę nie przekombinować. Nie znaczy to, że Bóg będzie za mnie wszystko robić - po porostu chcę, by moje życie przebiegało zgodnie z Jego wolą - ale ja osobiście muszę dzielnie stawiać czoła przeciwnościom, muszę się starać, muszę walczyć. I zawsze w głębi duszy pytać Go, czy tak mam postąpić, czy tego właśnie chce. Nie mam żadnych obaw powierzyć Mu się całkowicie - tyle dobra mi wyświadczył, że na prawdę Tatuś Niebieski chce dla mnie najlepiej. Zachęcam Was, byście oddali Mu wszystko - samego siebie.
Miłosierdzie Boga
czyli jak cierpienie wyzwala człowieka, kiedy
ten Mu się odda całkowicie
W poprzedniej pracy doznałam wielu przykrości, słyszałam drwiny pod moim
adresem (i nie tylko moim), przekleństwa, a i warunki pracy były złe. Ale to tak
jest, że im większe bagno, tym bardziej odczuwa się ratunek i okazuje się
Ratownikowi wdzięczność za wyciągnięcie
z niego.
Żeby nie było, samego zła nie było w tamtej pracy. Miałam życzliwe
koleżanki, wspierały mnie w trudnych momentach, pocieszały, miło nam się
rozmawiało, bywało też zabawnie. Sama praca też była w porządku, jeśli chodzi o
jej rodzaj (mimo, że to była praca fizyczna na akord) to jednak była manualna,
twórcza, estetyczna – coś dla mnie. Ale na tym pozytywne strony się kończą –
szef nie zapewniał dobrych warunków pracy, w zimie było tam lodowato zimno
(bywało, ze siedziałam tam ubrana w: ocieplacz na tułów dla sportowców,
podkoszulek, trykotówkę, bluzę i sweter, getry i spodnie, i było mi nadal
zimno. Palce u rąk drętwiały. Skoro szef zabronił używać ogrzewania, by nie
kraść jego prądu – tak, tak było, to postanowiłam sama włączyć swoje własne
ogrzewanie – i tak zostałam morsem :P), latem znów upały nie do zniesienia –
wychodząc na dwór, gdzie temperatura przekraczała 30 stopni w cieniu, mogłam z
rozkoszą odetchnąć.
Kierowniczka nałogowa alkoholiczka, rugała równo każdego,
kto jej się nie spodobał. O jej słownictwie nie będę się wypowiadać. Najgorsze
chwile przeżywałam, gdy otrzymałam wypowiedzenie – te 2 tygodnie to były moje
najdłuższe, ale chyba jedne z najbardziej owocnych dni mojego życia. Tak się
złożyło, że to było akurat te 2 tygodnie przed Wielkanocą. Po raz pierwszy w
życiu przeżywałam Drogę Krzyżową jak się należy… W kościele myślałam o
sytuacjach z pracy, a w pracy miałam swoją drugą Drogę…Nie pamiętam już, co dokładnie mówiłam, myślałam,, ale co do mnie wtedy było
niepodobne, rankiem padałam na kolana i się tak modliłam, że ledwo trzymałam
się na nogach. Po raz kolejny cierpienie zbliżyło mnie do Boga. A przy okazji
mogłam zrobić coś dla Dusz z czyśćca. Każdą dla mnie ciężką sytuację
ofiarowywałam właśnie za Duszyczki.
Raz mi pomógł, jakby nie inaczej,
ś.p. dziadek. Było gorąco, skończyła się woda, chciałam pójść do kuchni nalać
sobie choćby wrzątku i jak przestygnie to bym miała co pić. Oczywiście
kierowniczka mnie zawróciła, bo nie wolno mi nigdzie wychodzić. Przypomniałam
sobie, jak tata mi opowiadał, że jego tata (czyli mój dziadek) potrafił przy
upalnej pogodzie pielić ogródek przez cały dzień na szklance wody. No to modlę
się do dziadka i proszę, by pomógł mi przetrwać ten dzień w pracy. Jakoś moje
pragnienie zmalało…
Nie będę opisywać więcej sytuacji, bo nie czas na żale, tylko chciałam troszkę naświetlić, z czym na co dzień się tam zmagałam. Przechodząc do meritum – pracowałam tam 3 lata, było tam daleko od ideału, ale mimo to jakoś nie specjalnie szukałam innej pracy. Trochę się zasiedziałam w tej robocie, lubiłam koleżanki, pieniądze też były jakieś konkretne. Ale dobry Ojciec nie chciał, bym się tam dłużej męczyła. Skoro ja nie mogę się zdobyć na zmianę, to On mi już załatwi jakąś lepszą pracę… Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Straciłam pracę, dostałam lepszą :) Dla mnie lepszą. Co prawda zarabiałam mniej, ale w nowej pracy szanowało się człowieka, nie było nałogów, ogólnie rzecz ujmując, ludzie na poziomie. Zwłaszcza kierownik, zestawienie tych dwóch kierowników, byłej kierowniczki i obecnego kierownika, to nawet nie jak ziemia i niebo, lecz jak piekło i 3 nieba :))
Najważniejsze w tych zdarzeniach były moje odczucia. Realne, namacalne
odczucia. W tych okropnych momentach wyszydzania, zakazów (kto liczy czas
przebywania w wc, zabrania pić lub nazywa cię ku…), po prostu zawierzałam się
Jezusowi, Ojcu, mówiłam ufam Tobie, a przed pójściem do pracy ze ściśniętym
żołądkiem, prawie mdlejąc błagałam o pomoc. I wiecie co, wychodząc z domu i w
pracy czułam, że ja nie stoję, że ktoś mnie obejmuje, że mnie niesie!! Czułam
lekki ciepły dotyk, przytulenie, a w najtrudniejszych momentach czułam, że
jestem normalnie noszona. Człowiek sam nie jest w stanie sobie poradzić w
trudnych momentach życia, może przeczytać tysiąc poradników typu jak być
szczęśliwym, jak radzić sobie ze stresem, jak zrobić karierę, jak być lubianym,
ale gdy myśli się tylko i wyłącznie po ludzku, to prędzej czy później się
załamie. Gdybym ja myślała ludzkimi kategoriami, to chyba bym przy najbliższej
okazji pobiła kierowniczkę, albo poszła w całkiem drugą stronę – może bym się
tak załamała, że wpadłabym w depresję. Ale ja nie byłam sama – był ze mną Bóg
Ojciec, który nie pozwolił skrzywdzić swojej córeczki – dodawał mi sił,
opiekował się mną, dawał ukojenie w krzyżu (nigdy przedtem ani potem tak nie
przeżywałam Drogi Krzyżowej), aby na końcu wreszcie mnie zabrać stamtąd i
podarować mi coś dobrego. Nie poddałam się nawet wówczas (aczkolwiek się
zlękłam, ale powiedziałam ufam Ci), gdy wychodząc na rozmowę kwalifikacyjną
kierowniczka przeklinając wpadła do szatni i powiedziała (raczej się darła), że
jeśli wyjdę, tak mi napisze w wypowiedzeniu czy świadectwie pracy, że mnie nikt
nie przyjmie. A Bóg co zrobił, okazał się mocniejszy… Ja wiem, z kim trzymać
;). Bóg jest WIELKI!!!!
Dziadkowie
czyli …świętych obcowanie
We
wrześniu 2014 roku miałam taką sytuację, która dobitnie pozwoliła mi odczuć
troskę i miłość moich dziadków (już wtedy ś.p.). Gdy patrzę na swoje życie,
swojej rodziny, to bez wątpienia jest w nim ręka Boża. Sporo w nim było cudów,
nawet ocaleń przy wypadkach. Ale podzielę się teraz wydarzeniem sprzed trzech
lat.
Wracając
do tematu bezrobocia, w kwietniu 2014 dostałam wypowiedzenie. Bardzo szybko
dostałam się na bezpłatny staż, potem poszłam na miesiąc na umowę zlecenie. I
na tym się skończyło… Znów bez pracy, wszystko zaczęło się od nowa. Szukanie,
wydzwanianie, bieganie, bezowocne rozmowy kwalifikacyjne. Odwiedzając grób
dziadków wyżaliłam im się, że życie jest do kitu, bo nie ma z czego żyć, że ja
już tak nie mogę, jest tak ciężko…
Postałam, poskarżyłam się, pomodliłam się za nich i poszłam. Wtedy ze mną była
mama. Uszłyśmy kilka minut drogi, telefon mi dzwoni. Odbieram i słyszę
kierownika, u którego byłam na stażu. Pyta się, czy coś mam i kiedy mogę zacząć
pracę… Skończyłam rozmawiać i wpadłam w ryk (płacz szczęścia ma się rozumieć
;). Mama na mnie patrzy i mówi: „No nie mów, że już ci robotę załatwili”. I jak
tu nie wierzyć w cuda…
Achtung!! Czyli..
Ostrzeżenia dziwne i dziwniejsze
Czy zdarzały Wam się „przypadkowe” sytuacje, z
których jasno wynikało, że coś zrobiliście nie tak? Zwłaszcza, że na pierwszy
rzut oka takie zdarzenie było nieszczęściem?
W przeciągu ostatniego roku miałam takie
sytuacje, dzięki którym natychmiast orientowałam się, co robię źle. Bez żadnych
przekrętów, domysłów, jakby ktoś wyraźnie mi to powiedział.
Ostatnie
dwa takie zdarzenia miały miejsce bodajże w lipcu. Mieszkam w dużym mieście,
wszędzie gdzie jadę, niezależnie od pogody, okazji i miejsca, dokąd jadę,
dojeżdżam rowerem. Tyle, że z czasem zaczęłam jeździć trochę jak wariat – gdy
widziałam, że w pobliżu nie jedzie żadne auto czy tramwaj, to przejeżdżałam na
czerwonym świetle (parę razy prawie się przeliczyłam i auta śmigały tuż za mną
lub hamowały obok), wyprzedzałam wolniej jadących ode mnie rowerzystów prawie
zajeżdżając drogę samochodom (trochę przesadziłam z tym zajeżdżaniem, ale w
rzeczy samej chodzi o niepotrzebne ryzyko), mijałam pieszych o centymetry (to, ze
szli ścieżką rowerową mimo chodnika obok to inna kwestia…). Przy którymś z
rachunków sumienia, gdy szykowałam się do spowiedzi, dotarło do mnie, że
nawaliłam z 5 przykazaniem. Postanowiłam, że więcej nie będę ryzykować i będę
jeździć ostrożnie. Wyspowiadałam się, obiecałam Bogu Ojcu, że będę grzeczna i
nie będę przejeżdżać na czerwonym świetle. Wytrzymałam około 3 tygodni.
Wracając z pracy do domu dojeżdżam do skrzyżowania, widzę, że mruga światło i
na pewno nie zdążę, zapala się czerwone i z pełną świadomością (chociaż
spokojnie bym wyhamowała) przejeżdżam przez ulicę. I co się dzieje… Co prawda
nie od razu, ale gdzieś po 10 minutach łapię gumę. Za parę dni sytuacja się
powtarza, tyle że na innym skrzyżowaniu… Dobra Tatuś, wiem, że nabroiłam, już
nie będę więcej przejeżdżać na czerwonym :P Jak w jednym z psalmów Dawid
śpiewał „Twoje napomnienia są przedziwne, dlatego przestrzega je moja dusza” ;)
Druga
sytuacja zdarzyła się rok temu i w skutkach była bolesna. Aczkolwiek jestem
twardy człek, więc fizycznie tego tak nie odczułam, wręcz przeciwnie, cieszyłam
się jak wariat, że mam wszystkie zęby.
Oto
krótka historia:
Często z braku czasu (lub lenistwa, tak trudno
wygospodarować kilka minut?) poranny pacierz odmawiałam albo na spacerze z psem,
albo, co częściej, w drodze do pracy. Jechałam, jak to ja rowerem, i modliłam
się po drodze. Odmówiłam wszystkie modlitwy, które przeznaczałam sobie na rano
i chcę już kończyć, zaczynam się w duchu żegnać, gdy przez myśl mi przechodzi ‘a
może tak jeszcze „Pod twoją obronę…” – nie, po co’ gdy tak pomyślałam, po 3 sek
już leżałam z dziurawą brodą (założyli mi 3 szwy). Nie będę tego komentować…
Niestety dawniej miałam takie trochę lekceważące podejście do Naszej
niebieskiej Matki, eh, to było do przemyślenia, że może warto Jej zaufać i się
do Niej zwracać…
Piękna a Bestia
Chcę poruszyć temat, który dotknął chyba niemal
każdego. W moim przypadku były to lata gimnazjalne i licealne, tudzież
początki studiów. Mianowicie należałam do tych osób, które w swoim życiu miały
przypisaną rolę „kozła ofiarnego?”, jak zwał tak zwał, chodzi o to, żem nie
była z tych „lepszych”. „Lepszych”, czyli sexy, modnie ubranych, wymalowanych,
przebojowych itp. Wiodących prym, mówiących, co inni mają robić, gdzie jest ich
miejsce, co jest w modzie, co fajne a co nie na czasie. Z wyglądu dla „nich”
byłam śmieszna – w jakiś hipisowskich spódnicach, sweterkach od cioci a może i
babci pamiętające czasy komuny, nieogolonych nogach, nierównych zębach,
chodząca zamyślona (w efekcie potykałam się o własne nogi), ciągle słyszałam
‘wybrakowany towar’. Częste śmiechy, chichy, docinki. Wtedy niestety byłam
słaba psychicznie, często chodziłam smutna, z poczuciem krzywdy i
niesprawiedliwości. Dlaczego osoby, które mają pstro w głowie, palą papierosy i
marychę, gorzej się uczą, mogą poniżać innych? Dlaczego to ze mnie się śmieją,
zamiast brać przykład? Dobrze się uczyłam, miałam swoje hobby (i to niemało
zainteresowań i zdolności), lubiłam pomagać innym, a nawet uważałam, że to ja
fajnie się ubieram, a nie te mini, wypudrowane twarze, okropnie długie sztuczne
paznokcie, czasopisma nie na poziomie, eh, szkoda było nawet o tym myśleć. Ale
było jak było. W gimnazjum bywało, że z płaczem wracałam do domu, nie czekając
końca lekcji, bo się śmieją ze mnie, taki słaby duch ze mnie był.
Ile to lat
musiało minąć, by zrozumieć, że jest się tyle wart, ile Chrystus przelał krwi
za nas?? Że nie ważne, jak się wygląda, jakie ma się talenty, co ma się w
głowie, tylko że się JEST CZŁOWIEKIEM. Wtedy myślałam, że oni się ze mnie
śmieją, a to ja tak naprawdę jestem tą lepszą – bo się lepiej uczę i jestem
„porządna” – teraz myślę inaczej… Ani oni, ani ja – każdy jest umiłowanym
dzieckiem Boga. Nawet te wypudrowane paniusie, ci zagubieni zaćpani chłopcy –
kimże jesteśmy, byśmy oceniali innych?
Każdy jest wiele wart w oczach Boga – kto trzyma Ojca za rękę, temu nie będzie
smutno, bo ktoś nas wyśmiewa, przezywa- nie poczuje się gorszy – bo zna swoją
wartość, prawdziwą Bożą wartość.
![]() |
| Z Bogiem Ojcem zajdę wysoko... |
Nowego życia trudne początki
Jak to w Naszym kraju jest, trudno dostać dobrą pracę, na początku ciężko nawet zdobyć jakąkolwiek pracę. Kończysz studia i w zasadzie jesteś bez doświadczenia (wyjąwszy ambitne wyjątki, które podczas nauki podjęły jakimś cudem pracę). Kto pracuje, kto szukał, a może ktoś nadal poszukuje, ten wie, jaki to ciężki okres. Bez wsparcia rodziny trudno byłoby przeżyć, a może są tacy ludzie, którzy musieli polegać tylko na sobie? Ile stresu zjadło takiego człowieka, który tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu ( w moim przypadku był to prawie rok) szukał, chodził, dzwonił, zostawiał CV, uczęszczał na rozmowy, pisał testy, próbował zaczepić się u znajomych, a tu same odmowy. Po głowie chodzi tylko myśl:” Znowu się nie udało. Jestem beznadziejna. Z innymi nie mam szans. Nikt mnie nie potrzebuje. Jestem za słaba. Z czego ja teraz będę żyć…”. Ilu z nas przez to przechodziło? Czy życie tego jest warte? Takiej nędzy, beznadziejności, stagnacji? A ilu z nas musiało temu wszystkiemu stawić czoła sam na sam? No właśnie, SAM na SAM.
Człowieku, nie jesteś sam. Nie każę Tobie
stawać na środku chodnika i patrzeć, ilu ludzi jest wkoło Ciebie. Wystarczy,
byś pomyślał o swojej rodzinie, o przyjaciołach, znajomych, nauczycielach,
ludziach z ośrodków pomocy, wszystkich tych realnych osobach, które Tobie
pomogły, zaoferowały wsparcie lub mogły pomóc (a nie zrobiły tego, bo może
wstydziłeś się poprosić ich o nią?).
Będąc bezrobotną, zwłaszcza w momentach
obniżenia nastroju i spadku własnej wartości po kolejnych odmowach po rozmowach
kwalifikacyjnych, w moim życiu „przebojem” nr 1 było poniższe czytanie:
„Nie troszczcie się zbytnio o swoje życie, o to,
co macie jeść i pić (…), czym się macie przyodziać (…). Przypatrzcie się ptakom
w powietrzu: nie sieją ani żną i nie zbierają do spichlerzy, a Ojciec wasz
niebieski je żywi. Czyż wy nie jesteście ważniejsi niż one? (…) Starajcie się
naprzód o królestwo <Boga> i o
Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane” [Mt. 6, 25-34]
Otóż, wcale mi nie chodziło o tanie pocieszanie
– nie musisz nic robić, Bóg da ci wszystko czego potrzebujesz – ale stale
miałam ten fragment przed oczami, gdyż po prostu bezrobocie zbliżało mnie do
Boga. Bo był mi potrzebny. Czy mając wszystkiego pod dostatkiem, modliłabym się
do Niego tak żarliwie? Czy czasem gdybym dostała pracę zaraz po studiach nie
pomyślałabym „ale ja jestem świetna, mgr, teraz szybka praca, jestem
genialna!”. Popadając w pychę mogłabym czasem urazić wiele osób, ‘ee, ja tak
łatwo dostałam pracę, a ty nie możesz, coś z tobą jest nie tak’ itp.? Bóg nie
nakłada na człowieka ciężaru większego, niż jest w stanie unieść – jeśli wie,
że przeżyjesz, da Tobie łaskę (tak, bezrobocie może być łaską), byś uniżył się
przed Nim, byś w końcu zwrócił na Niego uwagę i prosił o pomoc. Byś wziął się w
garść i nie popadał w apatię, tylko zawalczył o siebie (walcząc o zdobycie
pracy człowiek musi się rozwijać), byś być może odnowił kontakty z ludźmi, z
którymi zerwałeś lub się pogniewałeś na nich, a wiesz, że mogą oni pomóc Tobie
w zdobyciu pracy? Co może z tego wyniknąć – pojednanie z Bogiem, bliźnim,
samorozwój, hartowanie ducha – zamiast pychy, wyniosłości? Mówię Ci Tak Ojcze!
Ty wiesz lepiej, co dla mnie jest dobre, sama tego doświadczyłam, oczywiście
miałam też „ziemskie” wsparcie rodziny – co jest nie do przecenienia. Od razu człowiek dziękuje Bogu
za rodzinę, choćby była jaka jest, mimo różnych spięć czy wyrządzonych
przykrości. Cieszy się i jest wdzięczny, że ją MA.
środa, 20 września 2017
O mnie
Parę słów o mnie
Po ludzku jestem całkiem przeciętną osobą, niczym
nie wyróżniającą się 30-latką;
średniego wzrostu, lekko przygarbioną, nadto z krzywymi zębami ;) Jak chyba większość dzisiejszego społeczeństwa skończyłam studia z mgr, pracuję, jak to w Polsce, nie w wyuczonym zawodzie. Życie codzienne – w wielkim skrócie – praca-dom-spanie-praca….
średniego wzrostu, lekko przygarbioną, nadto z krzywymi zębami ;) Jak chyba większość dzisiejszego społeczeństwa skończyłam studia z mgr, pracuję, jak to w Polsce, nie w wyuczonym zawodzie. Życie codzienne – w wielkim skrócie – praca-dom-spanie-praca….
Cztery kąty dzielę z mężem i owczarkiem.
Mieszkamy w bloku. Ot, życie przeciętnej Polki. Ale zaraz… To było czyste
ludzkie spojrzenie. Zobaczmy, co na to Nasz Stwórca.
Jestem
najukochańszym dzieckiem Ojca. Wśród innych osób wyróżniają mnie niesamowite
pokłady energii, które wykorzystuję w pracy, w spełnianiu obowiązków domowych,
czy aktywnie wypoczywając. Średni wzrost pozwala mi zmieszać się z tłumem, niepotrzebnie
nie zwracając na siebie uwagi ;)
Zęby
jak zęby, przy szczerym uśmiechu tracą na znaczeniu, bo wówczas twarz drugiej
osoby sama się rozjaśnia. Obdarzona talentem, wytrwałością i sumiennością,
uzyskałam mgr, by po długich perypetiach zakotwiczyć się w firmie i pracować na
jej pożytek. Co więcej, dobry Bóg połączył mnie z człowiekiem, który troszczy
się o mnie i obdarza mnie swoją, ma się rozumieć, ziemską miłością. I gratis
dorzucił futrzate, włochate szczęście. A żeby nasza miłość mogła gdzieś się
rozwijać, „załatwił” nam mieszkanie. Ot, życie przeciętnej córeczki Tatusia…
Prawda, że życie z Bogiem ma inny wymiar?
Kilka słów wstępu
Zastanawialiście się kiedyś, jak głęboko sięga
miłość Boga do człowieka? A może nie musieliście nad tym myśleć, ponieważ to
…odczuliście?
Słowem wstępu, stronę tę poświęcam każdemu, kto
zmaga się z przeciwnościami losu i szuka pocieszenia oraz wsparcia. Każdemu,
kto stracił wszelką nadzieję. Osobom samotnym. Ale też ludziom, którzy
zachwycają się otaczającym ich światem. Ludziom, którzy kochają życie. A nade
wszystko, którzy kochają naszego Stwórcę.
Blog zrodził się w mojej głowie wiele miesięcy
temu, kiedy chciałam gdzieś wylać swoje żale, poczucie niesprawiedliwości, ale
także chciałam z kimś podzielić się radosną stroną swojego życia – chciałam
ludziom ukazać, jak niezwykłe może być życie, mimo cierpienia, przeżywanych
zawodów czy niepowodzeń. Ale po kolei.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








