czyli …świętych obcowanie
We
wrześniu 2014 roku miałam taką sytuację, która dobitnie pozwoliła mi odczuć
troskę i miłość moich dziadków (już wtedy ś.p.). Gdy patrzę na swoje życie,
swojej rodziny, to bez wątpienia jest w nim ręka Boża. Sporo w nim było cudów,
nawet ocaleń przy wypadkach. Ale podzielę się teraz wydarzeniem sprzed trzech
lat.
Wracając
do tematu bezrobocia, w kwietniu 2014 dostałam wypowiedzenie. Bardzo szybko
dostałam się na bezpłatny staż, potem poszłam na miesiąc na umowę zlecenie. I
na tym się skończyło… Znów bez pracy, wszystko zaczęło się od nowa. Szukanie,
wydzwanianie, bieganie, bezowocne rozmowy kwalifikacyjne. Odwiedzając grób
dziadków wyżaliłam im się, że życie jest do kitu, bo nie ma z czego żyć, że ja
już tak nie mogę, jest tak ciężko…
Postałam, poskarżyłam się, pomodliłam się za nich i poszłam. Wtedy ze mną była
mama. Uszłyśmy kilka minut drogi, telefon mi dzwoni. Odbieram i słyszę
kierownika, u którego byłam na stażu. Pyta się, czy coś mam i kiedy mogę zacząć
pracę… Skończyłam rozmawiać i wpadłam w ryk (płacz szczęścia ma się rozumieć
;). Mama na mnie patrzy i mówi: „No nie mów, że już ci robotę załatwili”. I jak
tu nie wierzyć w cuda…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.