Jak to w Naszym kraju jest, trudno dostać dobrą pracę, na początku ciężko nawet zdobyć jakąkolwiek pracę. Kończysz studia i w zasadzie jesteś bez doświadczenia (wyjąwszy ambitne wyjątki, które podczas nauki podjęły jakimś cudem pracę). Kto pracuje, kto szukał, a może ktoś nadal poszukuje, ten wie, jaki to ciężki okres. Bez wsparcia rodziny trudno byłoby przeżyć, a może są tacy ludzie, którzy musieli polegać tylko na sobie? Ile stresu zjadło takiego człowieka, który tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu ( w moim przypadku był to prawie rok) szukał, chodził, dzwonił, zostawiał CV, uczęszczał na rozmowy, pisał testy, próbował zaczepić się u znajomych, a tu same odmowy. Po głowie chodzi tylko myśl:” Znowu się nie udało. Jestem beznadziejna. Z innymi nie mam szans. Nikt mnie nie potrzebuje. Jestem za słaba. Z czego ja teraz będę żyć…”. Ilu z nas przez to przechodziło? Czy życie tego jest warte? Takiej nędzy, beznadziejności, stagnacji? A ilu z nas musiało temu wszystkiemu stawić czoła sam na sam? No właśnie, SAM na SAM.
Człowieku, nie jesteś sam. Nie każę Tobie
stawać na środku chodnika i patrzeć, ilu ludzi jest wkoło Ciebie. Wystarczy,
byś pomyślał o swojej rodzinie, o przyjaciołach, znajomych, nauczycielach,
ludziach z ośrodków pomocy, wszystkich tych realnych osobach, które Tobie
pomogły, zaoferowały wsparcie lub mogły pomóc (a nie zrobiły tego, bo może
wstydziłeś się poprosić ich o nią?).
Będąc bezrobotną, zwłaszcza w momentach
obniżenia nastroju i spadku własnej wartości po kolejnych odmowach po rozmowach
kwalifikacyjnych, w moim życiu „przebojem” nr 1 było poniższe czytanie:
„Nie troszczcie się zbytnio o swoje życie, o to,
co macie jeść i pić (…), czym się macie przyodziać (…). Przypatrzcie się ptakom
w powietrzu: nie sieją ani żną i nie zbierają do spichlerzy, a Ojciec wasz
niebieski je żywi. Czyż wy nie jesteście ważniejsi niż one? (…) Starajcie się
naprzód o królestwo <Boga> i o
Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane” [Mt. 6, 25-34]
Otóż, wcale mi nie chodziło o tanie pocieszanie
– nie musisz nic robić, Bóg da ci wszystko czego potrzebujesz – ale stale
miałam ten fragment przed oczami, gdyż po prostu bezrobocie zbliżało mnie do
Boga. Bo był mi potrzebny. Czy mając wszystkiego pod dostatkiem, modliłabym się
do Niego tak żarliwie? Czy czasem gdybym dostała pracę zaraz po studiach nie
pomyślałabym „ale ja jestem świetna, mgr, teraz szybka praca, jestem
genialna!”. Popadając w pychę mogłabym czasem urazić wiele osób, ‘ee, ja tak
łatwo dostałam pracę, a ty nie możesz, coś z tobą jest nie tak’ itp.? Bóg nie
nakłada na człowieka ciężaru większego, niż jest w stanie unieść – jeśli wie,
że przeżyjesz, da Tobie łaskę (tak, bezrobocie może być łaską), byś uniżył się
przed Nim, byś w końcu zwrócił na Niego uwagę i prosił o pomoc. Byś wziął się w
garść i nie popadał w apatię, tylko zawalczył o siebie (walcząc o zdobycie
pracy człowiek musi się rozwijać), byś być może odnowił kontakty z ludźmi, z
którymi zerwałeś lub się pogniewałeś na nich, a wiesz, że mogą oni pomóc Tobie
w zdobyciu pracy? Co może z tego wyniknąć – pojednanie z Bogiem, bliźnim,
samorozwój, hartowanie ducha – zamiast pychy, wyniosłości? Mówię Ci Tak Ojcze!
Ty wiesz lepiej, co dla mnie jest dobre, sama tego doświadczyłam, oczywiście
miałam też „ziemskie” wsparcie rodziny – co jest nie do przecenienia. Od razu człowiek dziękuje Bogu
za rodzinę, choćby była jaka jest, mimo różnych spięć czy wyrządzonych
przykrości. Cieszy się i jest wdzięczny, że ją MA.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.