…czyli darmowy lek na chandrę i inne
przypadłości od najlepszego Lekarza
Życie choć piękne bywa niełatwe. To normalne, że w naszym życiu zdarzają
się sytuacje, które nas zasmucają czy wyprowadzają z równowagi. Sposobów na
poprawę nastroju są tysiące – od zjedzenia tabliczki czekolady, zapalenie
papierosa, przez obejrzenie filmu, starych zdjęć z wakacji czy pójścia na
basen. Tylko, że jak znam życie, takie odreagowywanie przynosi tylko chwilową
ulgę. Przynajmniej mnie. Spacer co prawda ukoił moje nerwy, ale wystarczyła
jedna sytuacja będąca mi nie po myśli, bym wybuchnęła. I znowu byłam zła i
nerwowa.
Człowiek
jest kruchą istotą, która gdy nie będzie mieć korzenia, w chwilach takiego
mocniejszego porywu wiatru będzie fruwać jak nim dmuchnie… Lepiej nie liczyć,
że jakoś to będzie i przy sztormie może uchwycę się jakiejś gałęzi czy wyląduję
bezpiecznie 10
kilometrów dalej. Rzeczywistość nie raz gwałtownie i
brutalnie sprowadzała mnie na ziemię. W ostatni czwartek było zupełne
przegięcie - w po części na moje własne
życzenie. Tak to jest, gdy nie słucha się własnego sumienia (co za tym idzie,
dobrych podpowiedzi prawdopodobnie własnego Anioła Stróża). Pomijając, co tym
razem nabroiłam, czułam się paskudnie – byłam zła na samą siebie, momentalnie
straciłam na wartości w swoich oczach. Wszystkiego się odechciało, miałam
straszne wyrzuty sumienia, a na dodatek w głowie słyszałam coś, czego jak długo
żyję, jeszcze nigdy nie doświadczyłam. Słyszałam, jak ktoś się ze mnie śmieje –
byłam świadoma, kto. Pomyślałam, już ja mu pokażę, nie na długo będzie ze mnie
się śmiać – spojrzałam na zegarek, była 18, za 15 minut spowiedź u mnie w
parafii. Niestety zanim wyszłam z domu i doszłam do kościoła, było za późno.
Pani siedząca niedaleko konfesjonału powiedziała, że ksiądz przed chwilą
wyszedł… Zła i rozgoryczona wróciłam do domu. Położyłam się łóżku i chciałam
tak po prostu zniknąć. Miałam wszystkiego dość. Najgorsze, że to wszystko było
z mojej winy. W głowie huczały mi myśli, by się pociąć i z tym skończyć – ale
dzięki temu, że jestem zakorzeniona w Chrystusie, dostałam kolejną szansę;
gdzieś w głębi duszy wołałam o pomoc i nagle usłyszałam swoje imię – złe myśli
minęły –a słyszę nadal – odwróć się proszę i spójrz na Mnie – to się odwracam,
dokładnie tam, gdzie ostatnio postawiłam obrazek przedstawiający Cudowne
Oblicze z Całunu Turyńskiego.
Nie wiem, jak sprawy się dalej dokładnie
potoczyły, ale ostatecznie wylądowałam z tym obrazkiem z powrotem na łóżku i
klęcząc zaczęłam odmawiać koronkę do Miłosierdzia Bożego – z każdą dziesiątką
emocje opadały, a umysł się oczyszczał. W końcu leżałam z obrazkiem przytulonym
do mej piersi i nadal się modliłam, i było mi tak dobrze, na ile może być po
takim strasznym zdarzeniu. Byłam już zupełnie spokojna, chyba nawet się
uśmiechnęłam i zaczęłam Boga przepraszać i Mu dziękować, że po raz kolejny mnie
uratował. Poczułam się kochana i całkiem, jakbym leżała w ramionach własnego Brata.
W tej kwestii nie jestem wyjątkiem – spotykałam się z różnymi osobami, które
mówiły, że modlitwa i kontemplacja je wyciszają. Już rok czy dwa lata temu mój
tata polecał mi przebywanie w ciszy przed Najświętszym Sakramentem. Tylko, że
jakoś z tych rad wówczas nie skorzystałam. Czas mijał, a ja bezradnie walczyłam
ze swoimi nadmiernymi emocjami i gwałtownością, udawałam się od specjalisty do
specjalisty, leki i tak w nieskończoność. Z czasem dojrzałam i postanowiłam
wziąć sprawy w …nie swoje ręce :D Wszystko oddałam najlepszemu Lekarzowi
ludzkiej duszy, bo to przez jej choroby świat się wali. Postanowiłam zawalczyć
i… wpierw odstawiłam lekarstwa, by zobaczyć, na jakim etapie jestem. Tragedia.
Tydzień po tygodniu było coraz gorzej, ja coraz mniej nad sobą panowałam. Po
miesiącu nierównej walki zaserwowałam sobie terapię, na którą każdy może sobie
pozwolić – codzienna Msza Święta i życie w stanie łaski uświęcającej. Po kolejnym
miesiącu coś zaczęło się zmieniać, ale do wyzdrowienia była daleka droga. Na
szczęście przyjaciel polecił mi rekolekcje uzdrawiająco-oczyszczające, z
których skwapliwie skorzystałam. I stał się cud – nerwy gdzieś odleciały, pokój
wstąpił w me serce, umysł się oczyścił, a dusza wypaliła się doszczętnie – tak,
modliłam się o to, by Duch Święty mnie wypalił, a na tym gruncie Bóg zasiał co
trzeba – najlepiej Siebie… To nie wiarygodne, ale odczuwałam ten stan
fizycznie. Nigdy nie czułam wewnątrz takiej głuszy, ciszy, spokoju, niczego,
żadnych pragnień poza jednym – by w sercu został tylko Jezus. I od tego momentu
zaczęłam całkiem inaczej spoglądać na świat - doszłam do tego, że obecnie
największą radość odczuwam z obecności nie tyle samych tworów przyrody, które
zawsze mnie fascynowały i upatrywałam w nich ukojenia i przeogromnej
radości, co z samego jej Stwórcy!
Chciałabym, by każdy mógł odczuć to co ja czułam – nie ma pełniejszego
szczęścia nad to, co może Ci dać Ktoś, kto Cię osobiście stworzył. Tą bardzo
intymną i głęboką relację udało się nawiązać dzięki zupełnemu wyciszeniu –
potrzeba było kilku godzin dziennie modlitw, spowiedzi św., wstawienniczej
modlitwy innych osób, odrzucenia codzienności,
by Duch mógł zadziałać. To było tak niesamowite i silne, że w końcu
Jezus przyciągnął mnie do Siebie. Teraz największe szczęście odnajduję
wpatrując się w wystawiony Najświętszy Sakrament i rozmawiając z Jezusem – albo
po prostu przez bycie przy Nim. Czego można więcej chcieć… Faktycznie tata miał
rację – to mega wycisza – zawsze po adoracji wychodzę jakby nie ja – uśmiecham
się bez powodu, jestem spokojna, w końcu udało się osiągnąć to, czego
potrzebowałam.
I
tak to już jest, że im bliżej jest się źródła ciepła, tym milej. Gdy nie udało
mi się pójść na Msze przez 3 dni z rzędu, znowu wszystko zaczęło mi się walić –
wrócił mi brak cierpliwości, złośliwość, gwałtowność, wewnętrzny niepokój – podobnie, gdy w ciągu
dnia za mało czasu poświęcałam na modlitwę. Wiem, że gdy będę trwać przy
Jezusie, On będzie ze mną – i nic mnie wtedy nie zdenerwuje, nie stanie mi się
żadna krzywda – ale to trzeba trwać, modlić się, wyciszać się – po tym, co
przeżyłam na rekolekcjach, doskonale rozumiem, co skłaniało pustelników do
takiego trybu życia ;) Jestem szczęśliwa, że dane mi było poznać siłę modlitwy
i że mogę tak po prostu rozmawiać z Bogiem – szkoda, że niektórzy tego jeszcze
nie docenili i nie poznali. Słyszałam już takie porównanie, że będąc
przepełnionym Bożą miłością ma się normalnie odlot – niesamowite, ale i to było
mi dane odczuć :)) Nic wtedy człowiekowi nie przeszkadza, co go dotychczas
denerwowało lub martwiło – ani korki na ulicy, ani ulewa, ani brak obiadu w
domu, ani żadne inne mniejsze czy większe sytuacje. Po prostu uśmiecham się do
Ojca i dziękuję Mu, że żyję, dla Niego!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.