poniedziałek, 16 października 2017

Uzdrawiająca moc modlitwy



…czyli darmowy lek na chandrę i inne przypadłości od najlepszego Lekarza

          Życie choć piękne bywa niełatwe. To normalne, że w naszym życiu zdarzają się sytuacje, które nas zasmucają czy wyprowadzają z równowagi. Sposobów na poprawę nastroju są tysiące – od zjedzenia tabliczki czekolady, zapalenie papierosa, przez obejrzenie filmu, starych zdjęć z wakacji czy pójścia na basen. Tylko, że jak znam życie, takie odreagowywanie przynosi tylko chwilową ulgę. Przynajmniej mnie. Spacer co prawda ukoił moje nerwy, ale wystarczyła jedna sytuacja będąca mi nie po myśli, bym wybuchnęła. I znowu byłam zła i nerwowa.
         Człowiek jest kruchą istotą, która gdy nie będzie mieć korzenia, w chwilach takiego mocniejszego porywu wiatru będzie fruwać jak nim dmuchnie… Lepiej nie liczyć, że jakoś to będzie i przy sztormie może uchwycę się jakiejś gałęzi czy wyląduję bezpiecznie 10 kilometrów dalej. Rzeczywistość nie raz gwałtownie i brutalnie sprowadzała mnie na ziemię. W ostatni czwartek było zupełne przegięcie -  w po części na moje własne życzenie. Tak to jest, gdy nie słucha się własnego sumienia (co za tym idzie, dobrych podpowiedzi prawdopodobnie własnego Anioła Stróża). Pomijając, co tym razem nabroiłam, czułam się paskudnie – byłam zła na samą siebie, momentalnie straciłam na wartości w swoich oczach. Wszystkiego się odechciało, miałam straszne wyrzuty sumienia, a na dodatek w głowie słyszałam coś, czego jak długo żyję, jeszcze nigdy nie doświadczyłam. Słyszałam, jak ktoś się ze mnie śmieje – byłam świadoma, kto. Pomyślałam, już ja mu pokażę, nie na długo będzie ze mnie się śmiać – spojrzałam na zegarek, była 18, za 15 minut spowiedź u mnie w parafii. Niestety zanim wyszłam z domu i doszłam do kościoła, było za późno. Pani siedząca niedaleko konfesjonału powiedziała, że ksiądz przed chwilą wyszedł… Zła i rozgoryczona wróciłam do domu. Położyłam się łóżku i chciałam tak po prostu zniknąć. Miałam wszystkiego dość. Najgorsze, że to wszystko było z mojej winy. W głowie huczały mi myśli, by się pociąć i z tym skończyć – ale dzięki temu, że jestem zakorzeniona w Chrystusie, dostałam kolejną szansę; gdzieś w głębi duszy wołałam o pomoc i nagle usłyszałam swoje imię – złe myśli minęły –a słyszę nadal – odwróć się proszę i spójrz na Mnie – to się odwracam, dokładnie tam, gdzie ostatnio postawiłam obrazek przedstawiający Cudowne Oblicze z Całunu Turyńskiego. 

Nie wiem, jak sprawy się dalej dokładnie potoczyły, ale ostatecznie wylądowałam z tym obrazkiem z powrotem na łóżku i klęcząc zaczęłam odmawiać koronkę do Miłosierdzia Bożego – z każdą dziesiątką emocje opadały, a umysł się oczyszczał. W końcu leżałam z obrazkiem przytulonym do mej piersi i nadal się modliłam, i było mi tak dobrze, na ile może być po takim strasznym zdarzeniu. Byłam już zupełnie spokojna, chyba nawet się uśmiechnęłam i zaczęłam Boga przepraszać i Mu dziękować, że po raz kolejny mnie uratował. Poczułam się kochana i całkiem,  jakbym leżała w ramionach własnego Brata. 



          W tej kwestii nie jestem wyjątkiem – spotykałam się z różnymi osobami, które mówiły, że modlitwa i kontemplacja je wyciszają. Już rok czy dwa lata temu mój tata polecał mi przebywanie w ciszy przed Najświętszym Sakramentem. Tylko, że jakoś z tych rad wówczas nie skorzystałam. Czas mijał, a ja bezradnie walczyłam ze swoimi nadmiernymi emocjami i gwałtownością, udawałam się od specjalisty do specjalisty, leki i tak w nieskończoność. Z czasem dojrzałam i postanowiłam wziąć sprawy w …nie swoje ręce :D Wszystko oddałam najlepszemu Lekarzowi ludzkiej duszy, bo to przez jej choroby świat się wali. Postanowiłam zawalczyć i… wpierw odstawiłam lekarstwa, by zobaczyć, na jakim etapie jestem. Tragedia. Tydzień po tygodniu było coraz gorzej, ja coraz mniej nad sobą panowałam. Po miesiącu nierównej walki zaserwowałam sobie terapię, na którą każdy może sobie pozwolić – codzienna Msza Święta i życie w stanie łaski uświęcającej. Po kolejnym miesiącu coś zaczęło się zmieniać, ale do wyzdrowienia była daleka droga. Na szczęście przyjaciel polecił mi rekolekcje uzdrawiająco-oczyszczające, z których skwapliwie skorzystałam. I stał się cud – nerwy gdzieś odleciały, pokój wstąpił w me serce, umysł się oczyścił, a dusza wypaliła się doszczętnie – tak, modliłam się o to, by Duch Święty mnie wypalił, a na tym gruncie Bóg zasiał co trzeba – najlepiej Siebie… To nie wiarygodne, ale odczuwałam ten stan fizycznie. Nigdy nie czułam wewnątrz takiej głuszy, ciszy, spokoju, niczego, żadnych pragnień poza jednym – by w sercu został tylko Jezus. I od tego momentu zaczęłam całkiem inaczej spoglądać na świat - doszłam do tego, że obecnie największą radość odczuwam z obecności nie tyle samych tworów przyrody, które zawsze mnie fascynowały i upatrywałam w nich ukojenia i przeogromnej radości,  co z samego jej Stwórcy! Chciałabym, by każdy mógł odczuć to co ja czułam – nie ma pełniejszego szczęścia nad to, co może Ci dać Ktoś, kto Cię osobiście stworzył. Tą bardzo intymną i głęboką relację udało się nawiązać dzięki zupełnemu wyciszeniu – potrzeba było kilku godzin dziennie modlitw, spowiedzi św., wstawienniczej modlitwy innych osób, odrzucenia codzienności,  by Duch mógł zadziałać. To było tak niesamowite i silne, że w końcu Jezus przyciągnął mnie do Siebie. Teraz największe szczęście odnajduję wpatrując się w wystawiony Najświętszy Sakrament i rozmawiając z Jezusem – albo po prostu przez bycie przy Nim. Czego można więcej chcieć… Faktycznie tata miał rację – to mega wycisza – zawsze po adoracji wychodzę jakby nie ja – uśmiecham się bez powodu, jestem spokojna, w końcu udało się osiągnąć to, czego potrzebowałam.
          I tak to już jest, że im bliżej jest się źródła ciepła, tym milej. Gdy nie udało mi się pójść na Msze przez 3 dni z rzędu, znowu wszystko zaczęło mi się walić – wrócił mi brak cierpliwości, złośliwość, gwałtowność,  wewnętrzny niepokój – podobnie, gdy w ciągu dnia za mało czasu poświęcałam na modlitwę. Wiem, że gdy będę trwać przy Jezusie, On będzie ze mną – i nic mnie wtedy nie zdenerwuje, nie stanie mi się żadna krzywda – ale to trzeba trwać, modlić się, wyciszać się – po tym, co przeżyłam na rekolekcjach, doskonale rozumiem, co skłaniało pustelników do takiego trybu życia ;) Jestem szczęśliwa, że dane mi było poznać siłę modlitwy i że mogę tak po prostu rozmawiać z Bogiem – szkoda, że niektórzy tego jeszcze nie docenili i nie poznali. Słyszałam już takie porównanie, że będąc przepełnionym Bożą miłością ma się normalnie odlot – niesamowite, ale i to było mi dane odczuć :)) Nic wtedy człowiekowi nie przeszkadza, co go dotychczas denerwowało lub martwiło – ani korki na ulicy, ani ulewa, ani brak obiadu w domu, ani żadne inne mniejsze czy większe sytuacje. Po prostu uśmiecham się do Ojca i dziękuję Mu, że żyję, dla Niego!

niedziela, 1 października 2017

Cytaty



 
       
       Największą chlubą nie jest to,
              aby nigdy się nie potknąć,
       ale to, aby po każdym upadku
       dźwignąć się i stanąć na nogi.









 




     
       Dowodem odwagi nie jest umrzeć, lecz żyć.





       Nie módlcie się o łatwe życie.
                                    Módlcie się,
 żebyście byli silniejszymi ludźmi.