czyli jak cierpienie wyzwala człowieka, kiedy
ten Mu się odda całkowicie
W poprzedniej pracy doznałam wielu przykrości, słyszałam drwiny pod moim
adresem (i nie tylko moim), przekleństwa, a i warunki pracy były złe. Ale to tak
jest, że im większe bagno, tym bardziej odczuwa się ratunek i okazuje się
Ratownikowi wdzięczność za wyciągnięcie
z niego.
Żeby nie było, samego zła nie było w tamtej pracy. Miałam życzliwe
koleżanki, wspierały mnie w trudnych momentach, pocieszały, miło nam się
rozmawiało, bywało też zabawnie. Sama praca też była w porządku, jeśli chodzi o
jej rodzaj (mimo, że to była praca fizyczna na akord) to jednak była manualna,
twórcza, estetyczna – coś dla mnie. Ale na tym pozytywne strony się kończą –
szef nie zapewniał dobrych warunków pracy, w zimie było tam lodowato zimno
(bywało, ze siedziałam tam ubrana w: ocieplacz na tułów dla sportowców,
podkoszulek, trykotówkę, bluzę i sweter, getry i spodnie, i było mi nadal
zimno. Palce u rąk drętwiały. Skoro szef zabronił używać ogrzewania, by nie
kraść jego prądu – tak, tak było, to postanowiłam sama włączyć swoje własne
ogrzewanie – i tak zostałam morsem :P), latem znów upały nie do zniesienia –
wychodząc na dwór, gdzie temperatura przekraczała 30 stopni w cieniu, mogłam z
rozkoszą odetchnąć.
Kierowniczka nałogowa alkoholiczka, rugała równo każdego,
kto jej się nie spodobał. O jej słownictwie nie będę się wypowiadać. Najgorsze
chwile przeżywałam, gdy otrzymałam wypowiedzenie – te 2 tygodnie to były moje
najdłuższe, ale chyba jedne z najbardziej owocnych dni mojego życia. Tak się
złożyło, że to było akurat te 2 tygodnie przed Wielkanocą. Po raz pierwszy w
życiu przeżywałam Drogę Krzyżową jak się należy… W kościele myślałam o
sytuacjach z pracy, a w pracy miałam swoją drugą Drogę…Nie pamiętam już, co dokładnie mówiłam, myślałam,, ale co do mnie wtedy było
niepodobne, rankiem padałam na kolana i się tak modliłam, że ledwo trzymałam
się na nogach. Po raz kolejny cierpienie zbliżyło mnie do Boga. A przy okazji
mogłam zrobić coś dla Dusz z czyśćca. Każdą dla mnie ciężką sytuację
ofiarowywałam właśnie za Duszyczki.
Raz mi pomógł, jakby nie inaczej,
ś.p. dziadek. Było gorąco, skończyła się woda, chciałam pójść do kuchni nalać
sobie choćby wrzątku i jak przestygnie to bym miała co pić. Oczywiście
kierowniczka mnie zawróciła, bo nie wolno mi nigdzie wychodzić. Przypomniałam
sobie, jak tata mi opowiadał, że jego tata (czyli mój dziadek) potrafił przy
upalnej pogodzie pielić ogródek przez cały dzień na szklance wody. No to modlę
się do dziadka i proszę, by pomógł mi przetrwać ten dzień w pracy. Jakoś moje
pragnienie zmalało…
Nie będę opisywać więcej sytuacji, bo nie czas na żale, tylko chciałam troszkę naświetlić, z czym na co dzień się tam zmagałam. Przechodząc do meritum – pracowałam tam 3 lata, było tam daleko od ideału, ale mimo to jakoś nie specjalnie szukałam innej pracy. Trochę się zasiedziałam w tej robocie, lubiłam koleżanki, pieniądze też były jakieś konkretne. Ale dobry Ojciec nie chciał, bym się tam dłużej męczyła. Skoro ja nie mogę się zdobyć na zmianę, to On mi już załatwi jakąś lepszą pracę… Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Straciłam pracę, dostałam lepszą :) Dla mnie lepszą. Co prawda zarabiałam mniej, ale w nowej pracy szanowało się człowieka, nie było nałogów, ogólnie rzecz ujmując, ludzie na poziomie. Zwłaszcza kierownik, zestawienie tych dwóch kierowników, byłej kierowniczki i obecnego kierownika, to nawet nie jak ziemia i niebo, lecz jak piekło i 3 nieba :))
Najważniejsze w tych zdarzeniach były moje odczucia. Realne, namacalne
odczucia. W tych okropnych momentach wyszydzania, zakazów (kto liczy czas
przebywania w wc, zabrania pić lub nazywa cię ku…), po prostu zawierzałam się
Jezusowi, Ojcu, mówiłam ufam Tobie, a przed pójściem do pracy ze ściśniętym
żołądkiem, prawie mdlejąc błagałam o pomoc. I wiecie co, wychodząc z domu i w
pracy czułam, że ja nie stoję, że ktoś mnie obejmuje, że mnie niesie!! Czułam
lekki ciepły dotyk, przytulenie, a w najtrudniejszych momentach czułam, że
jestem normalnie noszona. Człowiek sam nie jest w stanie sobie poradzić w
trudnych momentach życia, może przeczytać tysiąc poradników typu jak być
szczęśliwym, jak radzić sobie ze stresem, jak zrobić karierę, jak być lubianym,
ale gdy myśli się tylko i wyłącznie po ludzku, to prędzej czy później się
załamie. Gdybym ja myślała ludzkimi kategoriami, to chyba bym przy najbliższej
okazji pobiła kierowniczkę, albo poszła w całkiem drugą stronę – może bym się
tak załamała, że wpadłabym w depresję. Ale ja nie byłam sama – był ze mną Bóg
Ojciec, który nie pozwolił skrzywdzić swojej córeczki – dodawał mi sił,
opiekował się mną, dawał ukojenie w krzyżu (nigdy przedtem ani potem tak nie
przeżywałam Drogi Krzyżowej), aby na końcu wreszcie mnie zabrać stamtąd i
podarować mi coś dobrego. Nie poddałam się nawet wówczas (aczkolwiek się
zlękłam, ale powiedziałam ufam Ci), gdy wychodząc na rozmowę kwalifikacyjną
kierowniczka przeklinając wpadła do szatni i powiedziała (raczej się darła), że
jeśli wyjdę, tak mi napisze w wypowiedzeniu czy świadectwie pracy, że mnie nikt
nie przyjmie. A Bóg co zrobił, okazał się mocniejszy… Ja wiem, z kim trzymać
;). Bóg jest WIELKI!!!!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.