Dziś
odczułam swoje nowe „ja”. Po wielu latach zmagań z traumą i życia w poczuciu
krzywdy, nareszcie poczułam wewnętrzny spokój, który ogarnął nie tylko duszę
(bo taki czuję dość często), ale też
umysł. Jestem świadoma, że to co dawniej się stało, było i nie wróci, i dzięki
przebaczeniu zażegnałam tę udrękę z moich myśli. Nie powiem, że ot tak zniknęła
– przecież nie nastąpił replay i nie można nagrać życie od nowa – ale w chwili,
gdy przypominają mi się owe momenty, po prostu bez żadnych emocji mogę
spokojnie zacząć myśleć o czymś innym – tak jakby tamte cierpienie było zwykłym
wydarzeniem w moim życiu.
Od wielu miesięcy czułam, że dopóki nie przebaczę, trauma nie da mi
spokoju. Sporo słyszałam na ten temat, że gdy dopiero człowiek wybaczy to
znajdzie wewnętrzny pokój. Ale wiedza jedno, a zrobić to drugie… Od miesięcy
się zbierałam na to, ale miałam blokadę – normalnie nie mogłam tego zrobić. W
sercu powtarzałam sobie, że wybaczam, że trudno, że tak się stało – ale wciąż
po głowie chodziło mi pytanie „dlaczego”. I to pytanie sprawiało mi najwięcej
bólu. Jakbym nie próbowała to sobie wyjaśnić, każda odpowiedź zawodziła. Dziś w
tym kontekście nie istnieje pytanie dlaczego – nawet mi się takie nie nasuwa –
ani moja dusza, ani mój umysł nie szukają na nie odpowiedzi. Co więcej –
pozostają w pokoju! Nie muszę wiedzieć dlaczego – po prostu serce się raduje,
że moja dusza dotarła do zielonych spokojnych łąk, rozjaśnionych blaskiem
słońca – tak teraz czuje mój duch. Teraz patrząc na sprawcę moich cierpień nie
smucę się, nie rozrywam ran dlaczego, nie boję się – Jezus dał mi wzrok pełen
ciepła, patrzę na tę osobę z ufnością i nadzieją, a nawet dostrzegam, że na
przestrzeni tych lat potężnie się zmieniła – oczywiście na lepsze. Cieszy mnie
to, że dzięki zmianie postępowania tej osoby inni ludzie nie tylko nie zaznają
przykrości, ale wręcz otrzymają wiele ciepła.
Już od jakiegoś czasu widziałam tę poprawę, ale
byłam zaćmiona przez moje żale – miałam pretensje, teraz im jest dobrze, a ja
musiałam tak cierpieć. Teraz żale zniknęły – przebaczenie sprawiło cud.
Oczywiście po ludzku nie wiem, czy bym się na to odważyła, potrzebowałam mega
wsparcia – spędziłam wiele godzin przed Najświętszym Sakramentem, codzienne
Msze Święte, by być najbliżej Jezusa jak się da – błagania, by nie zostawiał
mnie samej, a najwięcej pomogły mi
rekolekcje uzdrawiające – tam poznałam swojego nowego przyjaciela – był od
dawna, ale nie zwracałam na Niego uwagi… Na nich odczułam, jak łaska i pokój
Ducha Świętego mnie dotyka – nigdy wcześniej tak dogłębnie nie poczułam takiej
„pustki” – czyli pozbyłam się dosłownie wszystkiego, całej otoczki świata
zewnętrznego, złych pragnień, by pozostawić puste serce i przyjąć tylko Go, by
we mnie był tylko On – dziwne uczucie, ale było namacalne. Tak jak głodny
człowiek zaczyna jeść i potrafi odczuć, począwszy od smaku, przez przełyk do
tego, co mu siedzi w żołądku, tak ja czułam się doszczętnie wypalona w środku,
by po tym wielkim pożarze na nowej glebie wyrosło coś nowego i pięknego.
Wracając do tematu przebaczenia, żywiąc urazy nie robimy na złość
osobie, która nas skrzywdziła, tylko szkodzimy sobie samemu. I po co człowiek
tak robi, zamiast, mimo, iż jest się poszkodowanym, nie oczekiwać
„przepraszam”, lecz samemu iść i powiedzieć „wybaczam”. Brzmi
nieprawdopodobnie, ale właśnie sprawdziłam i działa :)
P.S. 17 września, gdy szykowałam się do spełnienia "powinności" (postanowiłam, że za tydzień to zrobię), akurat niedzielna Ewangelia była o...przebaczeniu :P Tylko takie Słowo może słabą duszę wesprzeć i zachęcić do dobrego działania...Jezus znów okazał się Wielki!!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.