czwartek, 21 września 2017

Achtung!! Czyli..



Ostrzeżenia dziwne i dziwniejsze
Czy zdarzały Wam się „przypadkowe” sytuacje, z których jasno wynikało, że coś zrobiliście nie tak? Zwłaszcza, że na pierwszy rzut oka takie zdarzenie było nieszczęściem?

W przeciągu ostatniego roku miałam takie sytuacje, dzięki którym natychmiast orientowałam się, co robię źle. Bez żadnych przekrętów, domysłów, jakby ktoś wyraźnie mi to powiedział.
          Ostatnie dwa takie zdarzenia miały miejsce bodajże w lipcu. Mieszkam w dużym mieście, wszędzie gdzie jadę, niezależnie od pogody, okazji i miejsca, dokąd jadę, dojeżdżam rowerem. Tyle, że z czasem zaczęłam jeździć trochę jak wariat – gdy widziałam, że w pobliżu nie jedzie żadne auto czy tramwaj, to przejeżdżałam na czerwonym świetle (parę razy prawie się przeliczyłam i auta śmigały tuż za mną lub hamowały obok), wyprzedzałam wolniej jadących ode mnie rowerzystów prawie zajeżdżając drogę samochodom (trochę przesadziłam z tym zajeżdżaniem, ale w rzeczy samej chodzi o niepotrzebne ryzyko), mijałam pieszych o centymetry (to, ze szli ścieżką rowerową mimo chodnika obok to inna kwestia…). Przy którymś z rachunków sumienia, gdy szykowałam się do spowiedzi, dotarło do mnie, że nawaliłam z 5 przykazaniem. Postanowiłam, że więcej nie będę ryzykować i będę jeździć ostrożnie. Wyspowiadałam się, obiecałam Bogu Ojcu, że będę grzeczna i nie będę przejeżdżać na czerwonym świetle. Wytrzymałam około 3 tygodni. Wracając z pracy do domu dojeżdżam do skrzyżowania, widzę, że mruga światło i na pewno nie zdążę, zapala się czerwone i z pełną świadomością (chociaż spokojnie bym wyhamowała) przejeżdżam przez ulicę. I co się dzieje… Co prawda nie od razu, ale gdzieś po 10 minutach łapię gumę. Za parę dni sytuacja się powtarza, tyle że na innym skrzyżowaniu… Dobra Tatuś, wiem, że nabroiłam, już nie będę więcej przejeżdżać na czerwonym :P Jak w jednym z psalmów Dawid śpiewał „Twoje napomnienia są przedziwne, dlatego przestrzega je moja dusza” ;)

          Druga sytuacja zdarzyła się rok temu i w skutkach była bolesna. Aczkolwiek jestem twardy człek, więc fizycznie tego tak nie odczułam, wręcz przeciwnie, cieszyłam się jak wariat, że mam wszystkie zęby. 
Oto krótka historia:
Często z braku czasu (lub lenistwa, tak trudno wygospodarować kilka minut?) poranny pacierz odmawiałam albo na spacerze z psem, albo, co częściej, w drodze do pracy. Jechałam, jak to ja rowerem, i modliłam się po drodze. Odmówiłam wszystkie modlitwy, które przeznaczałam sobie na rano i chcę już kończyć, zaczynam się w duchu żegnać, gdy przez myśl mi przechodzi ‘a może tak jeszcze „Pod twoją obronę…” – nie, po co’ gdy tak pomyślałam, po 3 sek już leżałam z dziurawą brodą (założyli mi 3 szwy). Nie będę tego komentować… Niestety dawniej miałam takie trochę lekceważące podejście do Naszej niebieskiej Matki, eh, to było do przemyślenia, że może warto Jej zaufać i się do Niej zwracać…
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.