Ostrzeżenia dziwne i dziwniejsze
Czy zdarzały Wam się „przypadkowe” sytuacje, z
których jasno wynikało, że coś zrobiliście nie tak? Zwłaszcza, że na pierwszy
rzut oka takie zdarzenie było nieszczęściem?
W przeciągu ostatniego roku miałam takie
sytuacje, dzięki którym natychmiast orientowałam się, co robię źle. Bez żadnych
przekrętów, domysłów, jakby ktoś wyraźnie mi to powiedział.
Ostatnie
dwa takie zdarzenia miały miejsce bodajże w lipcu. Mieszkam w dużym mieście,
wszędzie gdzie jadę, niezależnie od pogody, okazji i miejsca, dokąd jadę,
dojeżdżam rowerem. Tyle, że z czasem zaczęłam jeździć trochę jak wariat – gdy
widziałam, że w pobliżu nie jedzie żadne auto czy tramwaj, to przejeżdżałam na
czerwonym świetle (parę razy prawie się przeliczyłam i auta śmigały tuż za mną
lub hamowały obok), wyprzedzałam wolniej jadących ode mnie rowerzystów prawie
zajeżdżając drogę samochodom (trochę przesadziłam z tym zajeżdżaniem, ale w
rzeczy samej chodzi o niepotrzebne ryzyko), mijałam pieszych o centymetry (to, ze
szli ścieżką rowerową mimo chodnika obok to inna kwestia…). Przy którymś z
rachunków sumienia, gdy szykowałam się do spowiedzi, dotarło do mnie, że
nawaliłam z 5 przykazaniem. Postanowiłam, że więcej nie będę ryzykować i będę
jeździć ostrożnie. Wyspowiadałam się, obiecałam Bogu Ojcu, że będę grzeczna i
nie będę przejeżdżać na czerwonym świetle. Wytrzymałam około 3 tygodni.
Wracając z pracy do domu dojeżdżam do skrzyżowania, widzę, że mruga światło i
na pewno nie zdążę, zapala się czerwone i z pełną świadomością (chociaż
spokojnie bym wyhamowała) przejeżdżam przez ulicę. I co się dzieje… Co prawda
nie od razu, ale gdzieś po 10 minutach łapię gumę. Za parę dni sytuacja się
powtarza, tyle że na innym skrzyżowaniu… Dobra Tatuś, wiem, że nabroiłam, już
nie będę więcej przejeżdżać na czerwonym :P Jak w jednym z psalmów Dawid
śpiewał „Twoje napomnienia są przedziwne, dlatego przestrzega je moja dusza” ;)
Druga
sytuacja zdarzyła się rok temu i w skutkach była bolesna. Aczkolwiek jestem
twardy człek, więc fizycznie tego tak nie odczułam, wręcz przeciwnie, cieszyłam
się jak wariat, że mam wszystkie zęby.
Oto
krótka historia:
Często z braku czasu (lub lenistwa, tak trudno
wygospodarować kilka minut?) poranny pacierz odmawiałam albo na spacerze z psem,
albo, co częściej, w drodze do pracy. Jechałam, jak to ja rowerem, i modliłam
się po drodze. Odmówiłam wszystkie modlitwy, które przeznaczałam sobie na rano
i chcę już kończyć, zaczynam się w duchu żegnać, gdy przez myśl mi przechodzi ‘a
może tak jeszcze „Pod twoją obronę…” – nie, po co’ gdy tak pomyślałam, po 3 sek
już leżałam z dziurawą brodą (założyli mi 3 szwy). Nie będę tego komentować…
Niestety dawniej miałam takie trochę lekceważące podejście do Naszej
niebieskiej Matki, eh, to było do przemyślenia, że może warto Jej zaufać i się
do Niej zwracać…

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.